Mały powiatowy Przasnysz na Mazowszu zapisał się wiosną 2026 roku w historii polskiego rolnictwa. To właśnie tutaj zarejestrowano pierwszy w Polsce ciągnik rolniczy na prąd. Fendt e107 Vario trafił do miejscowego Zespołu Szkół Powiatowych jako element większego projektu edukacyjnego, dofinansowanego ze środków europejskich. I choć to na razie szkolna maszyna, a nie roboczy traktor przy kurniku czy na polu rzepaku, sygnał jest czytelny – elektryfikacja rolnictwa przestała być tematem konferencji naukowych. Wchodzi na polskie podwórko.
Pytanie, które zadaje sobie coraz więcej rolników, brzmi krótko: czy to ma sens?
Od prototypu do pierwszej sprzedaży – osiem lat Fendta z akumulatorem
Fendt zaczął pracę nad elektrycznym ciągnikiem jeszcze w 2017 roku, kiedy na targach Agritechnica w Hanowerze pokazał pierwszy prototyp. Wtedy większość komentatorów kiwała głowami z mieszaniną uznania i niedowierzania – piękny pomysł, ale co z tym akumulatorem? Dziś maszyna jest w Polsce.
Model e107 Vario – bo tak oznaczono produkcyjną wersję ciągnika – to kompaktowa jednostka o szerokości zaledwie 1,07 m i wysokości około 2,45 m. Gabarytami odpowiada konwencjonalnemu Fendtowi 200 Vario, jest od niego cięższy o zaledwie około 150 kg. Producent celował w konkretny segment: uprawy specjalne, sady, szklarnie, tunele foliowe i prace komunalne. To nie jest maszyna do orki na 200 hektarach zbóż. To ciągnik do precyzyjnej pracy w ograniczonej przestrzeni.
Układ napędowy łączy baterię akumulatorową z silnikiem elektrycznym i sprawdzoną przekładnią bezstopniową Fendt Vario. Dostępne są trzy tryby pracy:
- Eco – moc 50 kW (68 KM), zalecany do jazdy drogowej i lżejszych prac
- Dynamic – moc 55 kW (75 KM), do nieco bardziej wymagających zadań z oprzyrządowaniem
- Dynamic+ – moc szczytowa 66 kW (90 KM), dostępna przez krótki czas przy intensywnych obciążeniach
Akumulator ma pojemność 100 kWh i pracuje pod napięciem 700 V – wartość spotykana raczej w sportowych autach elektrycznych niż w maszynach rolniczych. To wysoki standard przekładający się na sprawność.

Ile godzin, ile czasu na ładowanie – prawda o baterii
Tu dochodzimy do pytania, które każdy rolnik zadaje jako pierwsze: jak długo wytrzyma?
Fendt podaje czas pracy od 4 do 7 godzin przy mniejszym obciążeniu – koszenie trawy, mechaniczne zwalczanie chwastów, sadzenie, transport w obrębie gospodarstwa. Przy intensywnych zadaniach czas się skraca. To nie jest więc maszyna do nieprzerwanej, ośmiogodzinnej roboty w polu. Jest za to idealna do pracy cyklicznej – kilka godzin w szklarni, ładowanie w porze obiadowej, znowu kilka godzin.
Ładowanie odbywa się na dwa sposoby. Standardowe ładowanie prądem zmiennym AC przez gniazdo CCS2 z mocą do 22 kW umożliwia pełne naładowanie baterii w ciągu 5 godzin. Szybkie ładowanie prądem stałym DC o mocy do 80 kW uzupełnia baterię z 20 do 80% w zaledwie 45 minut. W polskich gospodarstwach rolnych stacje szybkiego ładowania DC to jeszcze rzadkość, ale standardowa ładowarka WallBox o mocy 22 kW jest coraz częstszym wyposażeniem, zwłaszcza tam, gdzie działa fotowoltaika.
Fotowoltaika + elektryczny ciągnik = zamknięty obieg energii
To połączenie jest ekonomicznie sensowne. Polska jest jednym z liderów UE pod względem dynamiki instalacji fotowoltaicznych na gospodarstwach rolnych. Rolnicy z panelami na dachach budynków inwentarskich produkują latem więcej prądu, niż są w stanie skonsumować, a nadwyżka wraca do sieci po niskich cenach rynkowych.
Elektryczny ciągnik zmienia tę kalkulację. Zamiast sprzedawać prąd za kilkadziesiąt groszy za kWh, ładujesz nim traktor i unikasz zakupu oleju napędowego. Fendt projektował e107 Vario z myślą o gospodarstwach produkujących własną energię i mówi o „zamkniętym obiegu energetycznym”. Jeden z mazowieckich sadowniców przyznał w 2026 roku wprost: cena jest jeszcze wysoka, ale to kierunek przyszłości. W jego gospodarstwie pompa ciepła zastąpiła już węgiel, quad zamienił na elektryczny – ciągnik to kolejny logiczny krok.
Co zyskujesz, czego nie masz – zalety i ograniczenia
Zanim ktoś wyjdzie do dealera z gotówką, warto uczciwie zestawić obie strony medalu.
Zalety, których nie sposób zignorować:
- Brak spalin – praca w zamkniętych pomieszczeniach, tunelach foliowych, szklarniach bez ryzyka dla roślin, zwierząt i operatora
- Bardzo niski poziom hałasu – mniejsze zmęczenie operatora, możliwość pracy nocnej
- Niższe koszty serwisu – brak oleju silnikowego do wymiany, filtrów silnika i technologii oczyszczania spalin Stage V
- Identyczna obsługa jak w ciągniku spalinowym – ta sama skrzynia Vario, te same maszyny towarzyszące
Ograniczenia, o których trzeba mówić wprost:
- Czas pracy 4–7 godzin nie wystarczy do całodziennej, intensywnej roboty polowej
- Infrastruktura ładowania DC w Polsce jest dopiero w budowie
- Cena zakupu jest istotnie wyższa niż spalinowego odpowiednika – konwencjonalny Fendt z serii 200 Vario kosztuje już 500–600 tys. zł netto, a elektryczna bateria 100 kWh i nowa technologia windują tę kwotę znacznie wyżej; oficjalnych cenników na polski rynek jeszcze nie opublikowano
- Pełny „zielony” bilans CO2 wychodzi na plus dopiero po około 900 godzinach pracy – gdy uwzględnimy ślad węglowy produkcji ogniw i ich utylizacji
Ten ostatni punkt podaje sam Fendt – i to uczciwe przyznanie się do prawdziwych rachunków środowiskowych, nie tylko marketingowej narracji.

Czy to pierwsze jaskółki? Inne firmy też szykują elektryki
Fendt nie gra solo. Z danych branżowych wynika, że pod koniec 2026 roku może wejść na rynek kolejny elektryczny ciągnik – o mocy 120 KM, z wymiennym akumulatorem o pojemności blisko 200 kWh i deklarowanym czasem pracy 5–8 godzin na jednym ładowaniu. Co istotne, ten projekt zakłada system wymiany baterii – zamiast czekać na naładowanie, wymieniasz rozładowany akumulator na naładowany i wracasz do pracy. To przełom w kwestii użyteczności – czas ładowania był dotąd jednym z głównych zarzutów pod adresem elektryków.
Dla kogo to jest – i dla kogo jeszcze nie
Elektryczny ciągnik w 2026 roku ma swojego oczywistego nabywcę. To sadownicy z własną fotowoltaiką, producenci warzyw i owoców pod osłonami, hodowcy bydła mlecznego z nowoczesnymi oborami – wszędzie tam, gdzie ciągnik jeździ krótkimi trasami w obrębie zabudowań i pracuje w zamkniętych przestrzeniach.
To nie jest jeszcze maszyna dla rolnika gospodarującego na 500 hektarach zbóż. Nie dlatego, że technologia jest zła – jest bardzo dobra. Czas pracy i dostępność szybkiego ładowania po prostu jeszcze nie grają na korzyść intensywnej produkcji polowej. Za kilka lat rachunek może wyglądać zupełnie inaczej.
Pierwsze wdrożenie w Przasnyszu to więcej niż symbol. To pierwsze twarde dane dla polskich dealerów, serwisantów i przyszłych nabywców. Ciągnik wjedzie na podwórko szkoły rolniczej i przez następne lata będzie uczył przyszłych mechanizatorów obsługi technologii, która za dekadę może być standardem. Nie ma lepszego miejsca na start.
A ty co o tym myślisz – wyobrażasz sobie elektryczny ciągnik w swojej zagrodzie? Napisz w komentarzu, co byś chciał wiedzieć zanim taki zakup wejdzie pod uwagę.
1 komentarz
Cichy ten elektryk, że aż myszy w polu nie uciekają, i tylko patrzą ze zdziwieniem. Największy problem mam z przedłużaczem – kupiłem taki na pięć kilometrów, ale i tak na zakrętach przy miedzy mi gniazdko z domu wyrywa. Sąsiad się śmieje, że teraz orkę będę robił tylko w taryfie nocnej, żeby zaoszczędzić. Ale za to jaka ekologiczna jazda! 😀